Każdy, kto choć raz był nad Tamizą, wie, jak trudno jest tam złapać taksówkę. Chętnych na przejazd są tysiące, a jak się już wypatrzy wolną taryfę, to okazuję się, że pasażer zna Londyn lepiej niż kierowca. Gdy na Wyspy zaczęły ściągać tłumy Polaków, niejeden był przerażony perspektywą szukania adresu w stolicy Wielkiej Brytanii - metropolii, w której mieszka 8 mln osób.
Szansę na biznes wyczuło dwóch naszych rodaków. Postanowili założyć pierwszą polską firmę taksówkową w Zjednoczonym Królestwie. - Jesteśmy dotąd nie tylko jedyną korporacją, ale też w pełni legalną. Inni Polacy już jeżdżą po mieście, ale na czarno - mówi jeden z współwłaścicieli FLY MiniCabs. Firma zrzesza na razie dwudziestu kierowców, samych Polaków. - Wszyscy mają zezwolenia, licencję i są ubezpieczeni - chwali się Krzysztof Matusiak, drugi właściciel korporacji. Większość szoferów mieszka w Londynie już od kilku lat, więc doskonale znają miasto. Tak na wszelki wypadek w taksówkach zamontowano system satelitarnej nawigacji. - Każdy wóz ma też klimatyzację i odtwarzacz CD, gdyby któryś z pasażerów chciał posłuchać własnej płyty - przybliża Krzysztof Matusiak.
Za ten komfort na trasie z lotniska Heathrow do centrum Londynu - trasa o długości 25 km - FLY MiniCabs bierze ok. 25 funtów (130-140 zł), podczas gdy miejscowy kierowca zazwyczaj domaga się dwa razy tyle.
- Z tego też powodu mamy coraz więcej angielskich klientów, którzy nie ukrywają, że wolą nasze usługi od rodzimych - twierdzi Matusiak. Z podwożeniem rodowitych Brytyjczyków firma nie ma zresztą żadnych problemów, bo wszyscy kierowcy płynnie mówią po angielsku. Właściciele nie przestają rozwijać firmy. Chcą wkrótce stać się ważnym graczem na rynku przewozowym w Londynie i dlatego niebawem zamierzają otworzyć biuro obsługi klienta w centrum miasta i zainstalować nowoczesne oprogramowanie do zarządzania rezerwacjami.
Jacek Różalski
Goniec Polski, 14.10.2006
Londyński Pajacyk
Choć nie są kucharzami, wiedzą jak przygotować obiad! I to nie tylko jeden... Taksówkarze firmy FlyMiniCabs Ltd włączyli się bowiem do programu Polskiej Akcji Humanitarnej „Pajacyk” i część pieniędzy z każdego kursu na lotnisko przeznaczają na dożywianie polskich dzieci.
Pomysł, żeby pomóc polskim dzieciom narodził się – jak przekonuje pomysłodawca akcji Krzysztof Matusiak – „z niczego”. Zarówno on bowiem jak i jego wspólnik mnóstwo czasu spędzają pracując w internecie. Codziennie zanim zaczną przebijać się przez stosy maili i rezerwacji dokonanych przez klientów ich korporacji, klikają w „Pajacyka”. Dzięki temu od sponsorów na konto PAH trafia jednorazowo kilkadziesiąt groszy. Środki w całości przekazywane są na dożywianie głodnych dzieci w najbiedniejszych rejonach Polski.
Kilka tygodni temu właściciele FlyMiniCabs stwierdzili jednak, że mogą zrobić coś więcej niż tylko pomagać za pośrednictwem internetu. Skontaktowali się więc z PAH-em i zaproponowali, że od każdego kursu, jaki ich firma wykona na lotnisko, przekażą równowartość jednego obiadu, by pomóc głodnym polskim dzieciom.
– Chcemy podzielić się tym co mamy – deklaruje Krzysztof Matusiak. – Tym bardziej, że informacje, które docierają do nas z Polski wcale nie są pozytywne. I nie chodzi tu wcale o politykę, ale o warunki życia. W kraju wciąż jest wiele osób, którym się nie wiedzie... I zawsze niestety cierpią na tym dzieci – dodaje.
Akcja FlyMiniCabs rozpoczęła się 22 września. Pierwszych kilku klientów przyjęło ją bardzo pozytywnie. Pomaganie niejako przy okazji, bez wypełniania żadnych druków wpłat czy szukania instytucji, która potrzebuje pomocy, uznali za bardzo wygodne.
– Tu pomaga się mimochodem i nie zajmuje to więcej niż kilka sekund – mówi Krzysztof Matusiak. – Świadomość dobroczynności jest zaś bardzo fajna i pozwala naprawdę dobrze się poczuć. Dlatego ideą niesienia pomocy chcielibyśmy zarazić jak najwięcej mieszkających w Wielkiej Brytanii Polaków.
Wspólna akcja PAH i FlyMiniCabs ma potrwać do 31 grudnia 2006 r. To, ile udało się zebrać okaże się w połowie stycznia. Być może, oprócz stałej kwoty od każdego kursu, w taksówkach pojawią się specjalne, zaplombowane puszki, do których zainteresowani akcją klienci będą mogli wrzucać dodatkowe datki.
Katarzyna Kopacz
Polish Express, 09.05.2006
Na lotnisko
Taksówka jest rozwiązaniem tylko dla wybranych. Z kolei podróż autobusem lub kolejką zajmuje sporo czasu, a przesiadki z licznymi torbami o świcie lub w godzinach szczytu mogą zdać się sennym koszmarem. Rozwiązaniem może okazać się minicab.
Minicab kojarzył się dotąd z tanią, nielegalną i niepewną taksówką. Władze Londynu dołożyły jednak sporo starań, żeby uregulować ten rynek. Na terenie miasta operować mogą jedynie minicaby licencjonowane. Nie mogą zabierać pasażerów zatrzymane spontanicznie na ulicy. Trzeba je zamówić poprzez operatora telefonicznego. Nie są również w żaden specjalny sposób oznakowane. O tym, że mamy do czynienia z przewoźnikiem legalnym, przekonamy się sprawdzając, czy w lewym górnym rogu przedniej szyby ma naklejoną licencję.
Czarne lobby
Lobby czarnych taksówek nie zgodziło się, abyśmy byli wyraźniej oznaczeni - mówi pan Krzysztof, kierowca z korporacji Fly Mini Cabs, jedynego polskiego przewoźnika tego typu, który posiada licencję w Londynie. - A przecież ktoś, kto podszywa się pod minicaba, nie odważyłby się pójść w swoim oszustwie aż tak daleko, żeby wystawić sobie koguta na dachu. No, ale tu rolę grają pieniądze. Dzięki niższym cenom minicaby są dla londyńskich taksówek znaczną konkurencją. A dzięki komórkom można je zamówić w każde miejsce i o każdej porze.
Bez ryzyka
Z oczywistych wzgędów kierowcy działający dla licencjonowanych operatorów nie znoszą jeżdżących na dziko. - My płacimy podatki, ponosimy koszta licencji, utrzymujemy wysoki standard usług i bezpieczeństwa - komentuje pan Krzysztof. - A tu znajdzie się jakiś nie wiadomo kto, kogo właśnie bieda przycisnęła i ogłasza się, że jest minicabem. Tymczasem nielegalne minicaby stanowią poważne zagrożenie dla mieszkańców miasta. W telewizji, internecie i na przystankach komunikacji publicznej trwa społeczna kampania informacyjna ostrzegająca przed oszustami. Według danych policji tylko w ciągu ostatniego roku zgwałcono 214 kobiet, które wsiadły do niesprawdzonego auta.
Z nami dojedziesz
Jednak zalety licencjonowanego przewoźnika mogą się też okazać dużo bardziej prozaiczne. - „Licencjonowany operator ma zawsze do dyspozycji kilku kierowców w różnych rejonach miasta. Gdy jeden nie może przyjechać, podeśle innego - opowiada pan Krzysztof. Tymczasem jeżdżący na dziko to najczęściej samotni łowcy. - Drobna stłuczka lub złapana guma i klient zostaje na lodzie - komentuje. Nie jest też tajemnicą, że jeśli takiemu kierowcy uda się dostać w tym samym czasie bardziej lukratywne zlecenie, wybierze je, często nie powiadamiając pierwszego klienta o rezygnacji z wykonania usługi. - Skutki bywają opłakane - wspomina pan Krzysztof. - Zadzwonił do nas ostatnio klient, który właśnie w taki sposób został wystawiony przez nie licencjonowanego kierowcę. Niestety, gdy się zorientował, że zamówiony samochód nie podjedzie, było już za późno, by zdążyć na samolot.
Trzeba znać skróty
Generalnie jednak licencjonowanym minicabem zdążyć na samolot łatwiej. Kierowcy nimi jeżdżący są doświadczeni i znają rozkład ulic. - Podręczne urządzenie GPS, które wskazuje drogę nie wystarczy - mówi pan Bogdan, inny kierowca Fly Mini Cabs. - Niedoświadczony kierowca nie skompromituje się dzięki niemu, że nie wie nawet w jakim kierunku jechać. Jednak komputer wskaże drogę głównymi ulicami, które są często zakorkowane. Trzeba znać skróty i wiedzieć, gdzie i kiedy da się przejechać.
Jaromir Rutkowski